Kiedy w lutym 2028 wyląduję na lotnisku w Koror, zanim odbiorę bagaż, podpiszę przysięgę. Nie metaforycznie — celnik ostempluje mi paszport pełnostronicową deklaracją Palau Pledge, a ja złożę pod nią podpis. To jedyny kraj na świecie, który czegoś takiego wymaga od każdego turysty, i przyznam, że ten pomysł ujął mnie bardziej niż niejedna rajska pocztówka. Zobowiązuję się w niej dzieciom Palau, że będę „stąpać lekko, działać uprzejmie i odkrywać ostrożnie". Tekst przysięgi napisały zresztą same palauańskie dzieci.

Kraj, który ochronę przyrody wpisał do paszportu

Palau Pledge obowiązuje od grudnia 2017 roku i nie jest pustym gestem. Ten liczący niecałe dwadzieścia tysięcy mieszkańców kraj uczynił z ekologii rację stanu: jako pierwszy na świecie zakazał kremów przeciwsłonecznych z filtrami toksycznymi dla raf koralowych, a osiemdziesiąt procent swoich wód terytorialnych zamknął dla komercyjnych połowów, tworząc jeden z największych morskich rezerwatów globu. Łamanie zasad przysięgi — dokarmianie ryb, zabieranie muszli, deptanie koralowców — grozi realnymi karami finansowymi. Jadąc tam, trzeba to po prostu wiedzieć i zaakceptować. Ja akceptuję z entuzjazmem.

Rock Islands — 445 zielonych grzybów na turkusie

Głównym powodem, dla którego ta przysięga w ogóle istnieje, są Skaliste Wyspy — Rock Islands Southern Lagoon, od 2012 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO. To czterysta czterdzieści pięć bezludnych wapiennych wysepek, które przez miliony lat fale podcięły u podstawy tak, że wyglądają jak zielone grzyby wyrastające z turkusowej laguny. Między nimi kryją się ukryte plaże, jaskinie, słone jeziora i zatoczki o wodzie tak przejrzystej, że łódź zdaje się lewitować. Plan na moje pierwsze dni: rejs z przystankami na Long Beach — piaszczystej mierzei, która wynurza się z oceanu tylko podczas odpływu — oraz kąpiel w Milky Way, zatoce z białym wapiennym mułem, którym turyści smarują się jak w naturalnym spa.

Permit, czyli ile kosztuje wstęp do raju

Strefa Rock Islands jest płatna: permit stanu Koror kosztuje pięćdziesiąt dolarów, a w wersji rozszerzonej o Jezioro Meduz — sto dolarów, i obowiązuje przez dziesięć dni. Kontrole na wodzie są regularne, więc nie ma co kombinować; zresztą wiedząc, że pieniądze idą na strażników i ochronę laguny, płacę bez zgrzytania zębami. Wycieczki łodziowe rezerwuje się w Koror — całodniowy rejs z lunchem i snorkelingiem to wydatek rzędu stu kilkudziesięciu dolarów.

Dlaczego warto jechać właśnie teraz

Pora sucha od listopada do kwietnia daje spokojne morze i bezchmurne dni, idealne na fotografowanie laguny z punktów widokowych. Ale jest i drugi powód: Palau pokazuje, jak może wyglądać turystyka, która nie pożera własnego ogona. Lecę tam w lutym 2028 zobaczyć, czy ten eksperyment działa — i podejrzewam, że wrócę jako jego ambasador. Stąpając lekko, rzecz jasna.

Warto przeczytać