W moim lutowym planie na Palau w 2028 roku większość punktów brzmi rajsko: laguna, rekiny, plaże. Ale jeden dzień rezerwuję na wyspę, która do pocztówkowego obrazka pasuje najmniej i właśnie dlatego nie mogę przestać o niej czytać. Peleliu, godzina łodzią na południe od Koror: kilkaset mieszkańców, senne wioski, dżungla — i pod tą dżunglą jedno z najbardziej przejmujących pól bitewnych Pacyfiku, zakonserwowane przez tropik lepiej niż niejedno muzeum.

Bitwa, która miała trwać cztery dni

We wrześniu 1944 roku amerykańscy marines lądowali na Peleliu z prognozą szybkiego zwycięstwa — dowódca operacji zapowiadał, że wyspa padnie w kilka dni. Japońscy obrońcy mieli jednak inny plan: zamiast bronić plaż, zamienili wapienne wzgórza Umurbrogol w labirynt setek połączonych jaskiń i bunkrów. Walki trwały ponad dwa miesiące i pochłonęły tysiące istnień po obu stronach, a grzbiet, o który bito się najzacieklej, przeszedł do historii jako Bloody Nose Ridge. Wśród historyków do dziś trwa spór, czy ta bitwa była w ogóle potrzebna — co czyni ją jeszcze bardziej gorzką opowieścią.

Wyspa, na której wojna nie chciała się skończyć

Najbardziej niewiarygodny epizod Peleliu wydarzył się jednak po wojnie: niewielki oddział japońskich żołnierzy ukrywał się w jaskiniach jeszcze przez półtora roku po kapitulacji Japonii i złożył broń dopiero wiosną 1947 roku, gdy sprowadzony na wyspę japoński admirał osobiście przekonał ich, że cesarz naprawdę ogłosił koniec wojny. Kiedy będę szedł ścieżką pod Bloody Nose Ridge, spróbuję sobie wyobrazić te osiemnaście miesięcy w ciemności, z przekonaniem, że wojna wciąż trwa. Ciarki gwarantowane lepiej niż w niejednym filmie.

Co zobaczę: czołgi w dżungli i lotnisko-widmo

Peleliu jest dziś plenerowym muzeum: zardzewiałe wraki czołgów i amfibii stoją tam, gdzie zgasły im silniki, w jaskiniach leżą hełmy i butelki, japońskie działa wciąż celują w lagunę, a pasy dawnego lotniska pękają pod naporem korzeni. Jest też niewielkie muzeum pamięci z fotografiami i pamiątkami z pola walki oraz pomniki obu stron — amerykańskie i japońskie obok siebie. Zwiedza się z lokalnym przewodnikiem, co na Peleliu nie jest turystycznym wymysłem: w dżungli wciąż zalegają niewybuchy, więc zasada numer jeden brzmi — nie schodzić ze ścieżek i niczego nie podnosić. Historia ma tu dosłownie ostre krawędzie.

Logistyka na luty

Z Koror na Peleliu można dostać się państwowym promem, szybką łodzią wycieczkową albo awionetką; całodniowy tour z przewodnikiem i lunchem rezerwuje się u operatorów w Koror, a stan Peleliu pobiera własną, niewielką opłatę wstępu. Nurkowie łączą wyprawę z legendarnymi ścianami u południowego cypla wyspy, gdzie prądy bywają wymagające nawet dla zaawansowanych. Ja planuję wersję lądową: dzień między wrakami, jaskiniami i plażami inwazji, na których dziś słychać tylko ocean. Ze wszystkich punktów mojego palauańskiego planu ten będzie najcichszy — i podejrzewam, że zapamiętam go najdłużej.

Warto przeczytać