W moim styczniowym planie podróży po Mjanmie zaraz po Baganie stoi jezioro Inle — i szczerze mówiąc, nie wiem, na które z tych dwóch miejsc czekam bardziej. Bagan kupuje rozmachem, Inle podobno kupuje czymś odwrotnym: ciszą, taflą gładką jak rtęć i ludźmi, którzy nauczyli się żyć na wodzie tak dosłownie, jak to tylko możliwe. No i są jeszcze oni — rybacy wiosłujący nogą, chyba najbardziej rozpoznawalny obrazek z całej Birmy.

Jezioro, które żyje na palach

Inle leży na wysokości prawie dziewięciuset metrów, w górskiej niecce stanu Shan. Ma dwadzieścia dwa kilometry długości i miejscami ledwie trzy metry głębokości — to właśnie ta płytkość ukształtowała tutejsze życie. Wioski ludu Intha stoją na palach wbitych w dno, dzieci pływają do szkoły łódkami, a pomidory rosną na pływających ogrodach: grządkach z hiacyntu wodnego i mułu, przycumowanych bambusowymi tyczkami. Z łodzi wygląda to jak uprawa unosząca się w powietrzu. Targ przenosi się rotacyjnie między wioskami w pięciodniowym cyklu, więc dobrze trafić w dzień, gdy odbywa się na wodzie po drodze.

Wiosłowanie nogą — cyrk czy konieczność?

Technika rybaków Intha nie ma odpowiednika nigdzie na świecie: rybak staje na samej rufie na jednej nodze, drugą owija wiosło i steruje nim ruchem biodra, a obie ręce zostają wolne do obsługi sieci. Wymyślono to z prostego powodu — stojąc, widzi się ryby i roślinność pod powierzchnią, czego nie da się dostrzec na siedząco. Trzeba uczciwie powiedzieć: panowie pozujący o świcie ze stożkowymi koszami na tle wschodzącego słońca to dziś głównie pokaz dla turystów, za który wypada zostawić napiwek. Prawdziwi rybacy pracują zwykłymi sieciami, ale wiosłują nogą naprawdę — wystarczy odpłynąć kawałek od głównego szlaku, żeby zobaczyć tę technikę w codziennym, nieupozowanym wydaniu.

Dzień na łodzi: co warto zobaczyć

Całodniowy czarter łodzi z sternikiem kosztuje w przeliczeniu kilkadziesiąt złotych i jest wart każdej kupiury. Standardowa pętla obejmuje pływające ogrody, klasztor Nga Phe Kyaung, warsztaty tkania z włókien lotosu i kuźnie srebra, ale najlepszą część zostawiam na koniec dnia: In Dein, kompleks setek omszałych stup na wzgórzu nad jeziorem, do którego płynie się wąskim kanałem wśród bambusów. Praktyczna uwaga dla jadących zimą: styczniowe poranki na Inle bywają zaskakująco zimne, kurtka i czapka na łodzi to nie fanaberia, tylko warunek przetrwania pierwszych dwóch godzin rejsu.

Zanim popłynę

Na Inle dostanę się nocnym autobusem z Baganu albo krótkim lotem do Heho — wybiorę pewnie samolot, bo birmańskie drogi nocą reputację mają mizerną. Jak przy całej podróży po Mjanmie: przed rezerwacją sprawdzam komunikaty MSZ i trzymam się regionów otwartych dla turystyki. Jeśli plan się utrzyma, pod koniec stycznia 2028 będę siedział owinięty kocem na dziobie długiej łodzi, z termosem zielonej herbaty, patrząc jak rybak na jednej nodze kreśli wiosłem idealne kółka na rtęciowej tafli. Są gorsze sposoby na zimę.

Warto przeczytać