Każda podróż ma swój punkt zerowy. Moja styczniowa wyprawa do Mjanmy w 2028 roku zacznie się w Rangunie, a w Rangunie wszystko zaczyna się w jednym miejscu: u stóp Shwedagon, złotej stupy górującej nad miastem jak druga, prywatna birmańska gwiazda. Podobno widać ją z samolotu na długo przed lądowaniem. Sprawdzę — okno po lewej stronie już zaklepane przy odprawie online.

Góra złota w środku miasta

Shwedagon to nie jest „kolejna pagoda". Stupa ma niemal sto metrów wysokości, stoi na wzgórzu Singuttara i według legendy kryje relikwie czterech buddów, w tym osiem włosów Gautamy — co czyniłoby ją najstarszym sanktuarium buddyjskim świata, liczącym ponad dwa i pół tysiąca lat. Cała bryła pokryta jest prawdziwym złotem: dziesiątki ton w płytach i tysiące cienkich listków, które wierni dokupują i ofiarowują nieprzerwanie od stuleci. Szczyt wieńczy hti — parasol wysadzany tysiącami diamentów, rubinów i szafirów, z siedemdziesięciosześciokaratowym diamentem na czubku. W słońcu całość płonie tak, że trudno patrzeć bez przymrużonych oczu.

Boso, zgodnie z ruchem wskazówek zegara

Na teren świątyni wchodzi się wyłącznie boso — i to boso dosłownie, bo zakazane są nawet skarpetki. Marmurowe płyty tarasu w południe parzą jak patelnia, dlatego miejscowi chodzą po wyznaczonych matach, a turyści szybko się tego uczą. Obowiązuje dress code: zakryte ramiona i kolana, a kto przyjdzie w szortach, wypożyczy przy wejściu longyi, tradycyjną birmańską spódnicę dla obu płci. Wokół stupy porusza się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Bilet dla obcokrajowców kosztuje równowartość kilkudziesięciu złotych, a windy i schody ruchome prowadzą z czterech stron świata na główny taras.

Osiem dni tygodnia i planetarne posterunki

Najciekawsza rzecz, jakiej nauczyła mnie lektura przed wyjazdem: birmańska astrologia dzieli tydzień na osiem dni, bo środa rozpada się na poranek i popołudnie. Wokół stupy rozmieszczono osiem planetarnych posterunków, po jednym dla każdego dnia, z własnym zwierzęciem i buddą. Birmańczycy odnajdują posterunek dnia swoich narodzin i polewają posąg wodą — tyle razy, ile mają lat, plus jeden raz na szczęście. Urodziłem się we wtorek, czyli mój patron to lew. Zamierzam stanąć w kolejce z miejscowymi i odliczyć swoje kubeczki co do jednego.

Najlepsza pora: zmierzch

Wszyscy, których relacje czytałem, są zgodni: na Shwedagon idzie się późnym popołudniem i zostaje do zmroku. Złoto najpierw rozgrzewa się w zachodzącym słońcu, potem niebo granatowieje, zapalają się tysiące lampek oliwnych i świec, a taras wypełnia szmer modlitw, dzwonki i zapach kadzideł. Styczeń to środek pory suchej — wieczory są ciepłe i bezdeszczowe, idealne na dwie–trzy godziny powolnego krążenia ze statywem. Przed wylotem standardowo sprawdzę komunikaty MSZ dotyczące Mjanmy, ale jednego jestem pewien już teraz: to będzie pierwszy i pewnie najjaśniejszy punkt całej wyprawy.

Warto przeczytać